Dziś pora na mnie, na pokazanie mojej przestrzeni do tworzenia. Zobacz jak wygląda moja pracownia.

Niestety nie wygląda ona tak pięknie, czysto i kolorowo jak u moich poprzedniczek. Wygospodarowałam ją z części garażu, w niedalekiej okolicy starej lodówki, gdzie przyszło mi konkurować z chęciami ślubnego na posiadanie własnej warsztatowej powierzchni. Są tego też dobre strony, gdyż podbieram mu wszelkie żelastwo do dalszego upcyclingu.

Dlatego zapraszam Ciebie na moje “urywki z rozrywki” 😉

Miejsce do roboty, najczęściej brudnej

Po pierwsze istotne jest dla mnie miejsce pracy. Nie chodzi o stół czy krzesło, tylko o skrawek powierzchni do tworzenia. Wyznaczyłam sobie linię demarkacyjną 40 x 40 cm, której żadnej przydaś przekroczyć nie może. Reszta obstawiona jest mediami. Czemu tak zapytasz? Bo lubię eksperymentować z kolorami, muszę je wówczas mieć na oku, aby pobudzić wyobraźnię.

Zatem mój pulpit wygląda następująco:

Tam gdzieś hen daleko pod tymi warstwami znajduje się stół. Jak wyprowadzałam auto z garażu to myślałam, że pracownia będzie piękna i wymuskana, niestety jak ktoś kocha media, to nie może mieć jasnego stołu z katalogu Ikei. Przekonałam się o tym osobiście, dlatego po doprowadzeniu go do porządku po kilku pierwszych wypadkach przy pracy, teraz obłożyłam go “na kanapkę”.

Jak policzysz, to zobaczysz, że warstw jest co najmniej osiem. Pierwsze warstwy są pancerne – czyli to podkładki obiadowe, wielka mata samoregenerująca i płyta paździerzowa, znaczy wiórowa. Na tym leżą kawałki tapet poprzetykane papierami, aby folia się nie sklejała. No a na wierzchu kolejne brudnopisy, których żywot jest krótki, jakby to rzec – do pierwszych mediów. Robię na nich małe notatki, a wieczorem wędrują do kosza.

I wierz mi, że jak rozleje się bitum, to te miliardy warstw zostają pokonane…

Jeśli kochasz media jak ja, to radzę Tobie, abyś zawsze, ale to ZAWSZE, miała pod ręką dużą folię, na której robisz splashowanie. A jeśli diabełek na Twoim ramieniu podpowiada Tobie, że będziesz uważać i na pewno nie opryskasz niczego innego niż swój projekt, to nie słuchaj go! Jeśli nawet od razu tego nie zauważysz, to z pewnością dokonasz później niepokojących odkryć na swoim stole. Lub na sobie.

Kolejną rzecz, jaką muszę mieć pod ręką, to kartonik. Jeśli używasz mgiełek z atomizera, a nie miziasz pędzelkiem, no to siła rażenia może doprowadzić do zafarbowania wielu przedmiotów (i osób) wokół. Ja ze swego lenistwa przerabiałam już to wielokrotnie i myślenie, że popsikanie tekturki to w miarę czysta sprawa, okazało się wielkim błędem.

Regały

W pracowni postawiłam na funkcjonalność. Dlatego jeśli czytałaś poprzednie wpisy to oszczędzę Tobie widoku moich regałów. To stare metalowe regały, które mają za zadanie udźwignąć moc drewnianych i metalowych przedmiotów czekających na zdobienie. Myślę, że w tym zakresie mogłabym otworzyć sklep z takim asortymentem. Regały dostałam za darmo z likwidowanej apteki, która pamiętała czasy pochodów pierwszomajowych. Na wielu półkach pozostały napisy typu “czopki” albo “metoclopramidum 0.01” cokolwiek to jest. Niemniej napisane czymś tak trwałym, że jedynie szlifierka dałaby radę.

Jednak w myśl powiedzenia, że każda potwora znajdzie swego amatora” cieszę się, że je mam. Po pierwsze dlatego, że udźwignęłyby słonia. Po drugie, że mają regulowane odstępy między półkami. A regulacja powoduje, że uwalniają się dziurki, które wykorzystuję do zawieszenia różnych przydasi, np. obręczy do kwiatów czy tamborków, a tym samym nie zajmuję powierzchni na półce.

Kolejną zaletą metalowego regału jest to, że imają się go wszelkie magnesy. Zatem w sposób naturalny w ten sposób przechowuję magnesy do albumów. Wykorzystuję magnesowe miseczki na trzymanie igieł, szpilek, a i małych śrubek do zawiasów również. Z lenistwa nie wyciągam nawet nici czy dratwy jaką mam nadzianą w tych igłach 😉 Taka magnesowa miska trzyma się również boku regału, więc znowu nie zajmuje powierzchni półki czy stołu.

Jeśli używasz nici do kartek, albumów czy po prostu do szycia, przyda Ci się niciownik. Ja z racji bardzo małej powierzchni do pracy wystrzegam się czegokolwiek co mogłoby tę przestrzeń ograniczyć, więc mój niciownik wisi. Kiedyś miałam taki samodzielnie zrobiony z grabi do siana, ale chciałam wersję wiszącą i bardziej hmmm, kompaktową 😉 dlatego zainwestowałam w profesjonalną półkę. Aby wykorzystać miejsce w niciowniku – za szpalerem nici leżą rolki z tiulem.

Ważny jest oczywiście dostęp do prądu! Mam go centralnie nad stołem. Wówczas łatwo podłączysz nagrzewnicę czy pistolet do kleju, jak również ładowarkę jak oglądasz coś tworząc czy nagrywasz filmik.

Miejsce na sesję zdjęciową

Jak Rejtan bronię w pracowni dwóch miejsc. Po pierwsze – niewielkiego kawałka uchowanej białej ściany, na którą najczęściej wieszam blejtramy czy tamborki do zdjęć.

Po drugie – podłogi, którą zapobiegawczo wyłożyłam kaflami w kolorze bieli i szarości. Teraz te kolory ulegają permanentnym zmianom dążąc do tęczy. Niemniej jest jeszcze nieco oryginalnych barw, które również stanowią tło do zdjęć moich prac.

Niestety tu trwa codzienna nieustająca walka o władzę…

Mam nadzieję, że mimo mało cukierkowego wizażu mojej przestrzeni do pracy udało mi się zainteresować Ciebie wskazówkami doświadczonej używaczki wielu mediów 🙂 Twórczego dnia!

 

 

Jeden komentarz

  1. Chlapania i pryskania też przerabiałam XD ale czasem diabełek jeszcze siedzi XD Twoje wpisy czyta się jednym tchem jak kryminały Mankela XD Uwielbiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.